Dokładniej, cudownej, ponadczasowej, powieści o dorastaniu. Samobójczynie Jeffreya Eugenidesa porywają w swój delikatny i z lekka groteskowy świat.
Trzynastoletnia Cecilia, czternastoletnia Lux, piętnastoletnia Bonnie, szesnastoletnia Mary i siedemnastoletnia Therese. Nim minie rok, każda z nich pożegna się z życiem. „Pierwsza była Cecilia”, dziwaczka jak zwykle
ubrana w suknię ślubną z obciętą lamówką…
Lata 70, przedmieścia Detroit. Chłopcy z sąsiedztwa obsesyjnie gromadzą wszelkie dowody istnienia eterycznych sióstr. Począwszy od połamanych grzebyków, poprzez rozpadające się kosmetyki, ulubione płyty, zdjęcia, a wreszcie wspomnienia i próbują rozwikłać istotę egzystencji Lisbonek. Co sprawiało, że roztaczały wokół siebie tę osobliwą aurę? Co skłoniło je do odebrania sobie życia? Niestety, ani chłopcom (którzy w miarę snucia opowieści stają się mężczyznami), ani czytelnikowi nie udaje się dotknąć tych delikatnych dziewczęcych (a może już na wpół-kobiecych?) dusz, zgłębić żadnej z ich mrocznych tajemnic.
Fabuła „Samobójczyń” przypomina scenę w teatrze – wszyscy spokojnie siedzą na swoich miejscach, podczas gdy na ich oczach dzieje się tragedia. Jeszcze biją brawo, zbyt ślepi, by dostrzec, że pistolet, który główny aktor przystawił sobie do skroni, nie był plastikową zabawką.
Jeffrey Eugenides przy pomocy narratora zbiorowego stara się zgłębić temat dorastania i wszystkich związanych z nim tytułowych przekleństw. Zagubienie, lodowata obojętność całego zewnętrznego świata… Apodyktyczna matka i nieporadny ojciec bardziej lub mnie świadomie zamieniają życie swych córek w piekło. Sąsiedzi biernie obserwują. Lekarze pokracznie usiłują zdiagnozować przyczyny: jej [Cecilii] samobójstwo było rodzajem choroby, którą pozarażały się bliskie osoby. Chłopcy stwierdzają – Nikogo nie obchodziło, w jaki sposób zaraziła się wirusem sama Cecilia. Wystarczyło, że była nosicielem. Pozostałe dziewczęta, bezpieczne w swoich pokojach, poczuły jakiś dziwny zapach, lecz zlekceważyły go. Czarne języki dymu wpełzły do nich pod drzwiami i utworzyły za ich plecami kształt, który przyjmuje dym lub cień w kreskówkach: ubrany w czarny kapelusz morderca ze sztyletem; młot, który zaraz spadnie. Koniec końców nikt nie podejmuje próby uratowania pięciu młodych istot.
Proza Eugenidesa ma osobliwy, metaliczny, tragiczno-absurdalny smak. Czuć go już w pierwszych zdaniach powieści: Rano tego dnia, kiedy samobójstwo popełniła ostatnia córka Lisbonów (…) dwóch sanitariuszy przyjechało pod dom, wiedząc dokładnie, gdzie znajduje się szuflada z nożami, kuchenka gazowa i belka w przyziemiu, do której można przywiązać sznur. Wysiedli z karetki pogotowia, jak zwykle poruszając się na nasz gust o wiele za wolno – jeden z nich mruknął pod nosem: – To nie telewizja, ludzie, my nie latamy jak z piórem. Czasem jego styl jest zimny i bezceremonialny; innym razem słowa aż kipią od emocji. Autor stawia nam wyzwania, potrafi stworzyć specyficzną, duszną i rozedrganą atmosferę, w której błądzimy niczym w jakimś mglistym labiryncie. Pisze naprawdę intrygująco, a przede wszystkim dojrzale i pewnie. Wszystko to razem wzięte wzbudza jeszcze większy podziw, kiedy wziąć pod uwagę fakt, iż jest to jego debiut – osobiście z całą pewnością stwierdzam, że najlepszy debiut, jaki kiedykolwiek czytałam, i wątpię, by coś miało szansę go przebić.
Zawód, frustracja, irytacja, zachwyt; Eugenides potrafi wywołać w czytelniku multum emocji. Mimo stosunkowo niewielkich rozmiarów, jego dzieło nie jest lekką lekturką na jeden wieczór. To ten typ powieści, który potrafi zniechęcić i zmęczyć, ale jednocześnie każe do siebie wracać. Zmusza do myślenia i pozostawia głęboki ślad.

Biorę się za czytańsko 8)
OdpowiedzUsuń